Blog zawieszony

Posted: 05/12/2015 in Różne

Muszę poinformować, że blog zostaje zawieszony. Powodów jest wiele. Za jakiś nieokreślony czas, nowa inicjatywa, bardzo możliwe, że pod innym adresem. Dziękuję wszystkim, którzy śledzili moje wpisy!

Żużlowe pozdrowienia!

Reklamy

Pierwsi będą ostatnimi w mojej analizie. Mistrz, bezwzględny lider w tym roku i ekipa, która na złoto w pełni zasłużyła. Nie było przypadku, nie było poważnych kontuzji i z tego należy się cieszyć. Unia Leszno na tapetę!

U-N-I-A

U jak… uzupełnianie się wzajemne. W Lesznie w tym roku nie było słabego ogniwa. Każde było silne, a jeśli któreś miało gorszy dzień, to reszta uzupełniała luki punktowe wyśmienicie. Przed sezonem ogłoszeni słynnym i nielubianym sformułowaniem „dream team”, lecz jak się okazało, zupełnie słusznie. Co najważniejsze, „Byki” ominęły poważne kontuzje, choć przecież i tak mieli szeroki skład na tyle, by załatać nieobecność jakiegoś zawodnika. Trzon stworzony przez Nickiego Pedersena i Emila Sajfutdinowa był niezłomny i wybitnie dobry. Piotr Pawlicki w formacji juniorskiej to skarb, który niestety w kolejnym sezonie zniknie. Wynik młodzieżowy będą musieli ciągnąć inni zawodnicy, prawdopodobnie Bartosz Smektała, Dominik Kubera i być może Daniel Kaczmarek, o ile upora się ze swoimi problemami warsztatowymi i lesznianie będą go chcieli w drużynie. Drugi z braci Pawlickich, Przemysław, może nieco z gorszą średnią, ale na torze zostawiał serce i nigdy nie odpuszczał. Swój dom chyba znalazł też Grzegorz Zengota. Niechciany w Zielonej Górze, chwilowo w Częstochowie, trafił w końcu do Leszna i teraz, w kolejnym już sezonie w barwach „Byków”, czuł się tam doskonale. Nadziei, nawet w roli rezerwowego, raczej nie spełnił Thomas H Jonasson, a dużo lepiej Unia jechała, gdy w składzie był wychowanek Tobiasz Musielak. Przed kolejnym sezonem zmienić nie trzeba właściwie nic. Chyba, że faktycznie klub nie dogada się z braćmi, to jakaś roszada będzie. Podobno zwycięskiego składu się nie zmienia, choć wszyscy wiemy, jak to skończyło się w Gorzowie. Delikatny zastrzyk świeżej krwi zawsze jest wskazany.

N jak… Nicki Pedersen, który w końcu wygrał w polskim klubie złoto. Niesamowite, ale wcześniej zazwyczaj spuszczał swoją ekipę z Ekstraligi lub wykładał się z nią na ostatniej prostej. Przeszedł chyba też delikatną metamorfozę. Nadal jeździł ostro, ale chyba bardziej sportowo i zespołowo. Można by pewnie przytoczyć kilka wyścigów, kiedy się oglądał i wziął sobie do serca uwagi włodarzy z Leszna. Nabrał może trochę więcej pokory i przede wszystkim nie ignorował polskiej drużyny. Indywidualnie nie został mistrzem globu ani Europy, ale sezon na pewno może zaliczyć do udanych.

I jak… ikona polskiego żużla. Bo jak inaczej można nazwać klub, który w klasyfikacji medalowej jest na pierwszym miejscu i praktycznie w każdym sezonie święci mniejsze lub większe sukcesy. W sumie 29 medal DMP, z czego aż 14 złotych. Choć od roku 2005 żaden klub nie zdołał obronić tytułu, to wydaje się, że „Byki” mogą w końcu tę passę przełamać. Trudno prognozować już na tym etapie, bo zbroją się między innymi w Toruniu. Klub ten ma oczywiście znacznie więcej sukcesów, a same medale w DMP to tak naprawdę wierzchołek tej góry. Trudno byłoby je jednak teraz wymieniać. Wiadomo, wszędzie są wady, wszędzie są negatywne strony, ale skoro Unia Leszno zdobyła mistrza i nie zaszła w poważny sposób nikomu za skórę, to dlaczego nie pisać o niej teraz w superlatywach?

A jak Adam Skórnicki, który tchnął w ten zespół bardzo pozytywną energię. Kto wie, czy właśnie nie on był głównym budowniczym tego tytułu? Jeszcze niedawno szalony, na torze z frędzlami przy kierownicy i kewlarze. Teraz, bardziej stonowany, przemawiający eksperckim głosem, zazwyczaj zachowujący zimną krew. Taki obraz możemy przynajmniej obserwować. Czasem może jeszcze brakuje odpowiednich decyzji w trakcie meczu, ale wszystko przecież przyjdzie z czasem. Skórnickiego tytuł kosztował włosy, ale wszystko zrobione w szczytnym celu. Oczywiście w klubie był także Roman Jankowski, o którym też nie można zapominać, bo to człowiek z wieloletnim doświadczeniem w trenerskiej materii. Obaj panowie zasłużyli na medal, złoty oczywiście.

Przedostatnią ekipą w mojej krótkiej analizie jest srebrny medalista tegorocznych rozgrywek. Drużyna – rewelacja, zaskoczenie sezonu, czyli po prostu Betard SPARTA Wrocław.

S-P-A-R-T-A

S… jak stadion, który w tym sezonie mógł pomieścić wyjątkowo mało osób. Z jednej strony spory minus, ale z drugiej, konieczność rozegrania wszystkich meczów u siebie w pierwszej części sezonu sprawiła, że wrocławianie wygrywali właściwie wszystko i przed rundą rewanżową wymusili na rywalach presję. Bo wygrane niby u siebie, ale jednak wygrane. Liczyły się punkty w tabeli, a nie to, gdzie zostały zdobyte. Wyjazdy nie były już tak kolorowe, ale też nie było tak, że Sparta kładła się na innych obiektach. Przeciwnie, radziła sobie bardzo dobrze i ostatecznie wylądowała na trzecim miejscu przed fazą play-off. Na nieszczęście wrocławian, w przyszłym sezonie będą znowu musieli radzić sobie na „obczyźnie”. Na razie klub z Wrocławia to taki bezdomny, który liczy na ciepłe przyjęcie.

P… jak play-offy, których nie spodziewali się chyba nawet w samej stolicy Dolnego Śląska. Drużyna błysnęła i co najważniejsze, wynik pociągnęli właściwie trzej zawodnicy. Maksym Drabik, Maciej Janowski i Tai Woffidnen przez większą część sezonu deklasowali rywali, a od czasu do czasu odrobinę większą zdobycz zanotowali Jepsen Jensen, Milik, czy Tomasz Jędrzejak. Tak naprawdę pozostawali jednak w wielkim cieniu swoich kolegów. Wiele zarzucano Piotrowi Baronowi, że przygotowywał taki, a nie inny tor, na którym rywal nie miał prawa się ścigać, bo nie było gdzie. A ja się pytam, kto mu zabroni? Miał takie prawo. Że mniej emocji, to już inna kwestia. Pytanie teraz, co liczy się bardziej? Sukces drużyny i klubu, czy widowisko dla kibiców całego produktu zwanego Ekstraligą przy nieodłącznej obecności telewizji? Wypadałoby znaleźć jakiś kompromis.

A… jak aktywność, którą działacze wrocławscy wykazują od samego zakończenia tego sezonu. Chodzi głównie o transfery i szybkie podpisywanie umów z obecnymi perłami w klubie. Nie ma się w sumie co dziwić, bo mając pieniądze, każdy chciałby zatrzymać Indywidualnego Mistrza Świata czy znakomitego Macieja Janowskiego. Szybko dogadano się również z Szymonem Woźniakiem, który także może okazać się strzałem w dziesiątkę. Pytanie tylko, czy wychodząc z marazmu pierwszej ligi i ubiegłorocznej Polonii, poradzi sobie w tej znacznie lepszej? Na razie chyba jesteśmy zgodni, że Sparta buduje najlepiej w kontekście przyszłego sezonu, choć tak naprawdę jej losy są owiane sporą tajemnicą. Mam na myśli oczywiście to, o czym w pierwszym punkcie, a więc miejsce rozgrywania meczów.

R… jak Rusko Andrzej, dobry duch klubu wrocławskiego, który być może często gdzieś w cieniu, to jednak między innymi dzięki niemu sytuacja w Sparcie jest stabilna i bardzo dobra, zwłaszcza na tle pozostałych naszych ośrodków. Honorowy Prezes Wrocławskiego Towarzystwa Żużlowego chyba najbardziej nie może ostatnio przeboleć, że wrocławianie nie będą mieli do dyspozycji swojego stadionu. Problem jest, bo to przecież nie tylko klimat własnego stadionu, ale kwestie pieniężne związane z biletami.

T… jak „Tajski”, bo trudno o nim nie wspomnieć. Anglik ma za sobą kolejny znakomity sezon. Po raz drugi wywalczył tytuł mistrza świata, a i w Ekstralidze był praktycznie nie do pokonania. Kiedy wydawało się, że nie można pojechać szeroko, on to robił perfekcyjnie, jak chociażby w częstochowskim półfinale przeciwko tarnowskiej Unii. Woffinden jedzie tam, gdzie inny boi się spojrzeć. Jest zawodnikiem poukładanym, zmotywowanym i ambitnym. W tak młodym wieku na koncie posiada dwa tytuły mistrza świata, a przecież właściwie dopiero zaczął dorosłą karierę. Raczej nie grozi mu też sodówa, bo ta pojawiłaby się wcześniej. Wręcz przeciwnie, Brytyjczyk oprócz wielkiego talentu, ma również wielkie serce, co wielokrotnie udowadnia przeznaczając pieniądze na szczytne cele. No i jak tu go nie nazwać perłą wrocławskiej drużyny?

A… jak ALE mi tu pasuje pewne słowo angielskie właśnie na tę literę, które zwięźle opisałoby postawę Maksyma Drabika w minionym sezonie. Jako jednak, że nie jesteśmy w Anglii, a owo słowo może być odbierane jako wulgarne, zostanę może przy ATRAKCYJNYM stylu jazdy tego młodego żużlowca. Tak, wiem, że to mało powiedziane. 1,788 – to średnia syna Sławomira Drabika, a byłaby jeszcze większa, lecz ze względu na nieco jeszcze nieokrzesaną jazdę, często tracił punktowane pozycje. Po prostu za bardzo chciał. 22 razy jednak mijał metę na prowadzeniu i był czwartą siłą juniorską w naszej Ekstralidze po Bartku Zmarzliku, Piotrze Pawlickim i Pawle Przedpełskim. Sezon zwieńczył znakomitym występem w Mildurze podczas DMŚJ, a już rozpatrywane jest przyznanie dzikiej karty na GP w Warszawie właśnie jemu.

Wkrótce tekst ostatni mojego cyklu dotyczący oczywiście mistrza z Leszna.

Szósta średnia wśród juniorów na zapleczu ekstraligi, komplet punktów w ostatnim meczu z Orłem Łódź i znakomita końcówka sezonu. Tak w skrócie można podsumować tegoroczny sezon w wykonaniu Daniela Kaczmarka, młodzieżowca Speedway Wandy Instal Kraków. Junior nowohuckiej drużyny ma za sobą bardzo przyzwoity rok startów pod względem sportowym. Niestety, sezon zakończył się fatalnie ze względu na niedawne zdarzenia losowe.

Kilka dni temu napłynęły do nas informacje o pożarze w warsztacie Daniela, w wyniku którego spłonęły wszystkie motocykle i nie tylko. Wychowanek Unii Leszno zdradza dla Sportowego Magazynu Krakowskiego szczegóły tego feralnego wydarzenia.

Niestety, spalił mi się cały warsztat. Wybuchnął kompresor. Pożar pochłonął wszystko. Od najmniejszej śrubki, po kaski, ochraniacze, skrzynki, kończąc na motocyklach. Zostały same mury i nic więcej. Próbowałem ratować cokolwiek, ale wszędzie było pełno dymu. Nic nie widziałem, a brama od warsztatu się zapadła – wyjaśniał kulisy pożaru Daniel Kaczmarek.

Trzeba otwarcie powiedzieć, że to olbrzymie straty, zwłaszcza dla tak młodego zawodnika. Co więcej, same motocykle bardzo trudno ubezpieczyć, bo przy sporcie takim jak żużel, żadna firma się na to nie godzi, o czym wspomina Daniel.

Mój warsztat był ubezpieczony, ale motocykli żużlowych żadna z firm nie ubezpieczy. Wiadomo jaki niebezpieczny to sport i w upadku praktycznie motor zawsze ulega zniszczeniu, większemu lub mniejszemu.

Młody zawodnik może więc liczyć przede wszystkim na wsparcie z zewnątrz, które już teraz jest bardzo duże. W pomoc finansową zaangażowało się bardzo wielu kibiców i nie tylko, choć wiadomo, że ciągle jest ono potrzebne.

Nie spodziewałem się takiego wsparcia. Jestem mile zaskoczony. Napływa z całej Polski oraz świata. Dziękuję moim sponsorom, kibicom z całej Polski. Nie wiem jak się im odwdzięczyć. Dla mnie każda pomoc to bardzo wiele. Każdy grosz, każde słowo lub rzecz, materiał, który może pomóc mi odbudować to, co straciłem. To bardzo dużo. Za każde wsparcie bardzo dziękuję.

W obliczu tej trudnej sytuacji, trudno powiedzieć jak będzie wyglądał przyszły rok Daniela. Mamy nadzieję, że zawodnik skompletuje na nowo sprzęt i będzie mógł kontynuować karierę. Gdzie? Wiadomo, że Daniel jest wychowankiem leszczyńskiej Unii, choć w Krakowie pewnie też chętnie widzieliby go w składzie. To jednak na razie drugorzędna sprawa.

Zobaczymy jak to wszystko będzie. Takie miałem plany, ale niestety zostały utrudnione. Mam nadzieje, że sobie z tym poradzę, a wtedy zobaczymy co i jak.

Jak wspomniałem na początku, Daniel ma za sobą bardzo przyzwoity sezon. Może chyba jedynie żałować, że skończył się tak wcześnie.

Początek sezonu był średni. W połowie załapałem zwyżkę formy i końcówka była już zdecydowanie lepsza. Szkoda, że tak późno, ale ogólnie cały sezon oceniam na plus. Zebrałem dużo cennego doświadczenia i dużo się nauczyłem. Najważniejsze, że ciągle jeździłem.

Wiemy od jakiegoś czasu, że w krakowskim klubie zmienia się sztab szkoleniowy. Trenerem został Adam Weigel, a menedżerem Radosław Simionkowski.

Ciężko mi cokolwiek powiedzieć. Nie pracowałem podczas meczu z żadnym z tych panów, wiec tak na prawdę nic o nich nie wiem. Na pewno trener Widera i Michał Finfa wykonali kawał dobrej roboty przez te 2 lata, ale zaszły zmiany i zobaczymy jak to będzie wyglądać. Trzymam kciuki za to, żeby wszystko się udałoskwitował Daniel Kaczmarek.

Po moich wcześniejszych rozważaniach na temat pięciu klubów PGE Ekstraligi sezonu 2015, przyszedł czas na tych najważniejszych i najlepszych, medalistów naszej ligi. Rozpoczynamy od brązu, czyli zespołu Unii Tarnów.

U-N-I-A

U jak… uzależnienie od brązu. No bo jak to inaczej nazwać? Trzeci z rzędu medal o tym kolorze. To wielki sukces klubu z Tarnowa, a zwłaszcza tegoroczny krążek. W sezonie 2014 klub zasługiwał na złoto. Chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości. Jak było, fani żużla pamiętają. Los okazał się bezlitosny dla „Jaskółek”. W tym roku medal byłby brany w ciemno. Przecież po odejściu Cieślaka z klubu, wielu głosiło dramatyczne wizje upadku drużyny i co najwyżej walki o utrzymanie. Tymczasem Unia dołożyła kolejny medal do kolekcji, udowadniając, że jest jednym z najbardziej utytułowanych drużyn 21 wieku w polskim żużlu.

N jak…narybek – ten żużlowy. Ostatnim znakomitym tarnowskim juniorem był… Janusz Kołodziej. Chyba każdy kibic z Tarnowa (i nie tylko) pamięta jego początki, kiedy uczył się żużlowego rzemiosła u boku Tomasza Golloba. Kołodziej-Marcin Rempała to para, która biła innych młodzieżowców na głowę. Z utęsknieniem oczekiwano w kolejnych latach chociażby w kilku procentach podobnego talentem zawodnika do „Koldiego”. Na darmo, bo taki się nie pojawiał. W kilku ostatnich sezonach liczono, że Ernest Koza wjedzie w końcu na ten wyższy poziom. Niestety, poza wyskokami (jak ten w meczu z KS Toruń) Koza nie wchodził wyżej, a wręcz przeciwnie, można było odnieść wrażenie, że jest coraz gorzej. Rosną jednak młodzi zawodnicy, którzy za kilka lat wyjdą spod skrzydeł Mirosława Cierniaka i być może staną u progu wielkiej kariery. Na ten moment oczy skierowane są głównie na Patryka Rolnickiego, który pokazuje spory potencjał. Utalentowanych chłopaków jednak nie brakuje, również znacznie młodszych. Wspomniany Janusz Kołodziej otworzył drugą szkółkę i przy solidnej współpracy kapitana „Jaskółek” z Mirosławem Cierniakiem, Unia może doczekać się znakomitych żużlowców. Każda żużlowa akademia, swoi zawodnicy, to radość. O to właśnie chodzi, by szkolić swoich chłopaków, a nie zatrudniać kohorty najemników. Nie mam też oczywiście nic przeciwko zagranicznym żużlowcom w Polsce, bo bez nich nasz żużel byłby mdły. Ale zamiast płacić im grube tysiące, może warto zainwestować w młodzież? Przy okazji, chciałbym tu słowami wesprzeć Daniela Kaczmarka, który właśnie teraz będzie potrzebował sporych pieniędzy, by na nowo skompletować swój warsztat. Trzymaj się chłopie!

I jak… irytacja, którą na pewno czują tarnowscy kibice, patrzący na sypiący się mościcki Stadion Miejski. Ten obiekt straszy. W momencie, kiedy wypełnia się kibicami, jakoś to jeszcze wygląda, chociaż też już coraz gorzej. Kiedy jednak wejdziemy na pusty stadion „Jaskółek”, to z łatwością można wyobrazić sobie tutejsze mecze sprzed kilkudziesięciu lat. Niestety, nie jest to wyraz sentymentu do starego czy historii. Miasto najwyraźniej nie rozumie, jak wspaniałą promocją Tarnowa i regionu jest żużel. Co więcej, żużel na najwyższym poziomie. Na Boga, Unia nie startuje w drugiej lidze, tylko w tej najlepszej na świecie! Od roku 2012 nieprzerwanie zdobywa medale, a początek 21 wieku to całe mnóstwo sukcesów drużyny. Nie mówię o stawianiu Małopolskiej Motoareny, bo takie marzenia musiałyby być rozważane w ramach wariactwa. Chociaż, jak sobie przypomnimy sukcesy za czasów Tomka Golloba i potężnego sponsora Rafinerii Trzebinia, plany były niesamowite i imponujące. Między innymi podwieszana trybuna nad ulicą za przeciwległą prostą. Taa… zamiast trybuny, niedługo trzeba będzie podwiesić jakoś sprytnie cały „stadion”, bo wszystko się rozsypie. To może zrobić obiekt na wzór szwedzki. Wydrzeć spróchniałe ławki, skuć beton, zasiać trawkę i na mecze z grillem. Oczywiście pół żartem, pół serio, ale wszystko byłoby lepsze od obecnego stanu. Czasami sam jestem zdziwiony, że przyznawana jest licencja. Może czas pomyśleć o kibicu, który płaci, zasiada na wraku i jakby nie patrzeć, jest największym sponsorem klubu! Może potrzeba, by coś komuś spadło na głowę, by przejrzał na oczy?

A jak… atmosfera, która w Mościcach wydawała się być bardzo dobra. Paweł Baran i Mirosław Cierniak zbudowali nie tylko ciekawą drużynę, nie tylko zgrany monolit, ale przede wszystkim świetną atmosferę. To był klucz do sukcesu, bo jeśli nie ma dobrego ducha w drużynie, to ciężko o wyniki. Śmiem twierdzić, że najlepszym duchem był nawet nie tyle Paweł Baran, ale właśnie ten drugi, trochę z boku, Mirosław Cierniak. Można powiedzieć, że obydwaj są od lat w środowisku tarnowskiego żużla. W drużynie „Jaskółek” było widać wielką ambicję i pasję, chęć zwyciężania. Drużyna budowana na Januszu Kołodzieju i Martinie Vaculiku to strzał w dziesiątkę. Słowak jest jednym z bardziej sympatycznych zawodników w naszej lidze. Kołodziej, trochę bardziej stonowany, ale także człowiek, którego kibice kochają, nie tylko w Tarnowie. Do tego Duńczyk Madsen, uwielbiany przez kibiców, zawsze uśmiechnięty i jak tylko na koncie jest dobrze, to o atmosferę w drużynie dba jak mało kto. Bjerre chimeryczny, co będę powtarzał już chyba zawsze, ale był najwyraźniej brakującym ogniwem i znakomicie wkomponował się w drużynę. Mroczka to walczak, który „gryzie” tor na każdym jego metrze. Również dobry duch w parkingu i „młynowy” drużyny w czasie radości po zwycięstwach. Czasami może za dużo sobie pozwala w wypowiedziach, ale w sumie takie jego prawo. Wynik jaki osiągnął też jest nienaganny i z pewnością działacze są z niego zadowoleni.

Wkrótce w żużlowej literomanii drużyna „rewelacja” Betardu Sparty Wrocław.

Jako że literomanię rozpocząłem przed meczami barażowymi, jak pewnie pamiętacie, przeskoczyliśmy drużynę z Rzeszowa. Zanim rozpoczniemy analizę drużyn z miejsc medalowych, jest odpowiedni czas, by wrócić do Stali, która sezon zakończyła stosunkowo niedawno. 

S-T-A-L

S jak… strach przed spadkiem, który towarzyszył drużynie właściwie do samego końca. Nie mówię tu już nawet o barażach, ale jeszcze rundzie zasadniczej, w której do końca rzeszowianie nie mogli być pewni, że zajmą siódme miejsce. W kontekście aktualnych doniesień o prawdopodobnej promocji do Ekstraligi rybniczan lub grudziądzan, nawet przy bezpośrednim „spadku”, Stal Rzeszów zapewne dostałaby propozycję ponownej jazdy w Ekstralidze. Tak to już jest z tymi naszymi spadkami i awansami. Nie będę jednak rozwijał tutaj tej dygresji, bo to temat na inny artykuł. W każdym razie ekipa, która po sezonie 2014 awansowała w pełni zasłużenie do elity, miała duże problemy, by rywalizować chociażby o pierwszą szóstkę ligi. Przedsezonowe prognozy co prawda faktycznie nie dawały „Żurawiom” zbyt wielkich szans na zwojowanie Ekstraligi. Zimowe gdybanie nie zawsze jednak jest wyznacznikiem, co udowodniła w tym roku chociażby drużyna z Tarnowa. Rzeszowianie po awansie wzmocnili zespół Gregiem Hancockiem, niechcianym na kolejny rok w Mościcach, a także Peterem Kildemandem, który musiał poszukać nowego klubu w najwyższej klasie rozgrywek. Dwie armaty były faktycznie mocne, chociaż Peter Kildemand nie miał wybitnie dobrego sezonu, oczywiście jak na swój potencjał. Początek roku należał natomiast do Dawida Lamparta, który zwłaszcza na rzeszowskim owalu jeździł wyśmienicie, a kibice przecierali oczy ze zdumienia. Druga linia Stali miała jednak wzloty i upadki, podobnie jak para juniorów, co ostatecznie sprawiło, że rzeszowianie do końca obawiali się o korzystny rezultat.

T jak… talent Krystiana Rempały. Przychodzący do Rzeszowa Artur Czaja miał być zbawieniem na pozycji juniorskiej. Tymczasem okazało się, że to młodziutki Krystian Rempała wykręcił lepszą średnią od wychowanka z Częstochowy (o Arturze w następnym punkcie). Syn Jacka Rempały na koniec zapisał średnią 1,170 pkt/bieg i objechał bardzo dobry sezon. Chrapkę na niego mają w Tarnowie, gdzie z juniorami jest póki co kiepsko. Na razie nie wiemy jaka jest przyszłość Krystiana, ale na pewno to zawodnik z wielkim potencjałem.

A jak… Artur Czaja, który raczej nie może mieć najlepszego humoru po tym sezonie, a zwłaszcza w kontekście kolejnego. Jeśli spojrzymy w statystyki tego zawodnika w ostatnich latach, ten sezon był jednym z gorszych. Czaja wykręcił średnią na poziomie 1,151 pkt/bieg. Gorzej było w roku 2012, ale wtedy był to jeszcze bardzo młody zawodnik, świetnie zresztą się zapowiadający. Znakomity jak na juniora rok Artur pojechał dwa lata temu, gdzie legitymował się wynikiem blisko 1,5 pkt na bieg. Oczywiście ktoś powie – nie takie średnie kręcą Zmarzlik czy Pawlicki. To prawda, ale Czaja niewątpliwie udowadniał, że ma papiery na doskonałą jazdę. Stal Rzeszów kontraktowała go właśnie z takim przekonaniem. Czy zawiódł? Tak tego nie nazwę, bo swoje cenne punkty dorzucał. Oczekiwano chyba jednak nieco więcej. To jednak przeszłość. Co z przyszłością? Artur Czaja zakończył wiek juniora, a przejście do „dojrzałego” speedway’a bywa trudne dla każdego. Czy rzeszowscy działacze widzą go w składzie? Pytanie jest inne – jak w ogóle Stal widzi przyszły rok? Nie będziemy spekulować, bo nie to ma na celu ten tekst. Osobiście postawą Artura jestem nieco zawiedziony, jak pewnie większość kibiców klubu z ulicy Hetmańskiej. Oddać jednak trzeba, że de facto rzeszowianie mieli całkiem przyzwoitych młodzieżowców i niejeden klub chciałby taką parę mieć u siebie.

L… jak lista życzeń. Na jej szczycie jest chęć pozostawienia w drużynie Hancocka i Kildemanda. O ile na tego drugiego jakieś szanse są, to Amerykanina przekonać pewnie będzie ciężko. Nie jest tajemnicą, że Hancock zapewne pójdzie tam, gdzie dostanie więcej. Z kasiorką w Rzeszowie może być ciężko, o ile klub nie pozyska solidnego sponsora. Póki co w obozie znad Wisłoka cisza. Są jakieś przebąkiwania, ale konkretów żadnych. Chyba nie do końca wiadomo, na co można liczyć. Za chwilę jednak może okazać się, że ciekawsze nazwiska z rynku poznikają, ewentualną listę życzeń będzie można wyrzucić do kosza, a skład uzupełnić na zasadzie „zapchaj dziurę”.

Wracamy do naszej żużlowej literomanii. Tym razem zajmiemy się drużyną KS Toruń, która jako jedyna mogła poczuć się prawdziwie przegrana w tegorocznej fazie play-off. Jako że „KS” to trochę za mało, na litery rozłożymy inny człon towarzyszący temu klubowi od samego początku, a mianowicie – APATOR.

A-P-A-T-O-R

A jak… awans do fazy play-off, który w „Grodzie Kopernika” był celem minimum. Nie wierzę jednak, że z tak ciekawym składem (przynajmniej na papierze), zarząd toruńskiego klubu nie liczył przynajmniej na jazdę w finale. Przecież, kiedy przypominam sobie przedsezonowe spekulacje, to właśnie Apator i Falubaz miały zagrozić w marszu po mistrzostwo Fogo Unii Leszno. Zostańmy jednak przy celu minimum. Został on zrealizowany, chociaż chyba żadna ekipa, która wchodzi do pierwszej czwórki, nie mówi sobie: „no dobra, na tym kończymy”. W przypadku torunian trochę to tak wyglądało, bo końcówka sezonu, a play-offy zwłaszcza, były przez „Anioły” kompletnie przespane. Ostatni mecz w rundzie zasadniczej torunianie wygrali bowiem 19 lipca z drużyną gorzowską ! Później były jeszcze kolejki w Rzeszowie i Grudziądzu oraz u siebie z obydwoma Uniami (w nieco innej kolejności). Żadnego meczu „Anioły” nie rozstrzygnęły na swoją korzyść, a porażka w Grudziądzu czy remis na Motoarenie z Unią Tarnów, zaszokowały większość środowiska.

P jak… Przedpełski Paweł. Młodzieżowiec klubu z Torunia był w tym roku wyśmienity. Żałujemy ogromnie, że nieco pogubił się w ostatnim turnieju Indywidualnych Mistrzostw Świata Juniorów i ostatecznie nie stanął nawet na podium, a także tego, że w Tarnowie nabawił się kontuzji w ostatnim meczu ligowym, ale generalnie, sezon miał znakomity. Cieszy też fakt, że przed nim jeszcze jeden rok w kategorii juniorskiej. Przedpełski może być kuszony przez inne kluby, które chętnie przygarnęłyby dobrego młodzieżowca. Dobrego? To trochę za słaby przymiotnik. Przedpełski rzadko zawodził i był liderem swojego zespołu. Świadczy to z jednej strony o słabości pozostałych żużlowców, ale też o doskonałej formie młodego zawodnika. Średnia 2,050 musi robić wrażenie. To trzynasty wynik PGE Ekstraligi, a spośród juniorów lepsi byli tylko Bartosz Zmarzlik i Piotr Pawlicki. Serca rosną, kiedy widzi się taką młodzież. Osobiście życzę mu, by w przyszłym roku powalczył o tytuł IMŚJ. Odpada mu chociażby ta poważna polska konkurencja w postaci Zmarzlika, który wszystko postawi na dorosły cykl GP.

A jak…akcje na rzecz Darcy’ego Warda. Choć Australijczyk w tym roku jeździł dla Falubazu, to jednak w Toruniu zdobywał wszelkie umiejętności, które wyniosły go na szczyty. Po tragicznej kontuzji, klub z Torunia i tamtejsze środowisko zaangażowały się w największym stopniu w akcje z koszulkami, ale nie tylko. Robiono i nadal robi się wiele dobrego, by dla Darcy’ego uzbierać jak najwięcej pieniędzy i jak najmocniej go wspierać. Innym ośrodkom też nie można odmówić pomocy, ale to właśnie Toruń był prawdziwym domem Warda. Tam ma też swojego wielkiego przyjaciela Chrisa Holdera, który wyraźnie pod koniec był podłamany losem swojego kolegi z reprezentacji. Wszyscy znamy tę historię i w zasadzie nic nie trzeba pisać. #StayStrongDarcy.

T jak… transfery, które chyba nie do końca były udane. W zespole pozostali Holder i Miedziński. Ten drugi, to w ogóle ewenement, bo rzadko który żużlowiec przywiązuje się tak do barw. Nie o tym jednak w tym punkcie. Do Apatora dołączyli Jason Doyle, Grigorij Laguta i Kacper Gomólski. Zacznę może od tego ostatniego, bo Polak po zakończeniu wieku juniora, nie do końca pasował w Unii Tarnów, a torunianie wiązali z nim spore nadzieje. Jak wiemy, przejście do „seniorki” bywa często trudne. Podobnie jest w przypadku Gomólskiego, który być może będzie miał problemy, by znaleźć klub w Ekstralidze na przyszły rok. Kacper jeździł poniżej oczekiwań, o czym świadczy jego pozycja w drużynie. Nie licząc Oskara Fajfera, był najgorszym klasyfikowanym żużlowcem Apatora. Dużo więcej na pewno spodziewano się też po „Griszy”, który uciekając z tonącego statku w Częstochowie, zacumował w Toruniu. Wydaje się, że była to krótka przygoda Rosjanina w „Grodzie Kopernika”. Nie chodzi tu nawet o sam wynik sportowy, który oczywiście mógłby być znacznie lepszy, ale przede wszystkim o jego podejście do klubu w ostatnich meczach sezonu, kiedy to z pełną ignorancją nie pojechał na rewanżowy mecz do Tarnowa. W końcu, Australijczyk Jason Doyle, okrzyknięty w minionym roku rewelacją zaplecza Ekstraligi. W ekspresowym tempie został więc sprowadzony do Torunia, gdzie jednak jeździł kompletnie w kratkę. Doyle przede wszystkim przesadził ze startami w różnych innych ligach i zawodach, co raczej niekorzystnie odbijało się na jego dyspozycji. Tragedii jednak nie było i z wymienionej trójki ma chyba największe szanse, by pozostać „Aniołem” na kolejny sezon. Aniołem tylko z nazwy, bo na torze często jeździł jak szatan, stosując bardzo niebezpieczne manewry. Prosimy więc o nieco rozsądku panie Jasonie.

O… jak owacje, które należą się Toruniowi za organizację rundy Grand Prix. Choć bezpośrednio nie dotyczy ligi, to jednak klub w dużej mierze jest odpowiedzialny za to, jak chociażby wygląda tor na GP. Ten był znakomity, a Motoarena jest jednym z lepszych stadionów do rywalizacji na żużlu. Emocje były wielkie, a dodatkowa inicjatywa z plastronami dla Darcy’ego fantastyczna. Skoro o samym sezonie KS Toruń nie możemy powiedzieć zbyt dużo dobrego, a raczej pisać z wielką dozą sceptyczności, to chwalmy i cieszmy się, że w Toruniu organizowana jest tak znakomita runda Grand Prix. Po coś zresztą ta arena powstała.

R… jak rewolucja? Czy do takiej dojdzie w Toruniu? Trudno powiedzieć, lecz nawet przy założeniu, że odejdzie dwóch zawodników spośród seniorów, to sporo się zmieni. Apator na pewno ma aspiracje, by w końcu bić się o najwyższe cele i nie mówić jedynie, że play-off wystarczy. A może wcale klub z kujawsko-pomorskiego nie pozbędzie się Laguty? Może być ciężko o dobrych zawodników, a „Grisza” gorzej już pojechać nie powinien. Jego stosunek do pewnych spraw, to jednak oddzielna kwestia, z której mocno niezadowolony jest na pewno Jacek Gajewski. Juniorzy są stabilni, Holder lepszego „domu” chyba nie znajdzie, a i Adrian Miedziński nie ma raczej zamiaru się przeprowadzać, jeśli nie zmusi go do tego decyzja włodarzy. A może czytelnicy mają pomysł na wymarzony i realny skład Apatora w przyszłym roku? Walki o medale brakuje tam w zasadzie od roku 2012, bo z całym szacunkiem, ale srebra z 2013 nie liczę i nie akceptuję. Medale dostaje się za walkę i postawę na torze, nie ucieczkę.

Następnym klubem, który pojawi się w „literomanii” będzie tarnowska Unia.